Basenowy blues

Po tym, jak basenowe bluesy w końcu doczekały się przeniesienia na papier kredowy, część cyklu wraz z premierowym esejem ukazała się w magazynie „Autoportret” (numer 1/2024 – Rekreacja). Poniżej krótki fragment pochodzący właśnie z tej publikacji zatytułowanej „Nieczynne”:

W tej chwili nieczynne baseny są niewyczerpanym źródłem barwnych kompozycji graficznych, w których dominuje błękitny kolor kojarzący się z tego rodzaju kąpieliskami, a także dowodem na to, że natura skutecznie wraca po to, co jej odebrano. Punktem wyjścia do zrobienia tych fotografii była nostalgia za zjawiskiem przemijającym, za beztroskimi momentami z dzieciństwa. To, co stało się z dawnymi kąpieliskami ma zarówno przyczyny ekonomiczne jak i społeczne czy polityczne. Część z nich przeszła lub przejdzie modernizację, ale wiele odejdzie w zapomnienie. Baseny budowane w latach 20. i 30. XX wieku zawierały elementy architektury klasycznej – łukowate kształty czy kolumny. To już relikty przeszłości, bo nawet jeśli któryś z nich został lub będzie wyremontowany, do tej historycznej formy raczej nie wróci.

Trzebieszowice

Od dłuższego czasu chodziło mi po głowie, żeby tej wyjątkowej, dolnośląskiej wsi poświęcić odrębny wpis. Nie zliczę już moich tam wizyt, a nadal znajduję coś, co wcześniej przeoczyłam. Ostatnio natknęłam się
na miejsce związane z kontrowersyjnym pisarzem Henrykiem Worcellem (nazwisko było mi znane, ponieważ w latach 80. jego imię nosiła ulica, przy której mieszkałam w Łodzi). Spodziewam się, że niejedno jeszcze mnie w tym miejscu zaskoczy. Na razie pozostanę jednak przy fotoreportażu i dodam do niego jedynie kilka słów: Trzebieszowice to jedno z najpiękniej położonych miejsc w jakich byłam, kryjące
– oprócz Zamku na Skale (z płaskorzeźbą Alfonsa Muchy na zamkowych drzwiach) – wiele zagadek oraz historii, miejsce w którym spotkałam przemiłych ludzi, zobaczyłam cudowne, przestrzenne krajobrazy i przeżyłam bardzo intensywne, letnie burze.

Zdjęcia pochodzą z różnych okresów i różnych pór roku.

Modernizm, który nie zawodzi

Zdrojowa dzielnica Ustronia – Zawodzie jest przykładem udanego urzeczywistnienia architektonicznych idei modernizmu. Zastanawiam się od jakiegoś czasu dlaczego tak dobrze czuję się przemierzając ten położony na zboczu Równicy teren.

Pewnie zwróciliście uwagę, że w niektórych miejscach łatwiej się odpoczywa lub po prostu przyjemniej przebywa. Przypuśćmy, że wychodzę z pracy na kawę i siadam w ogródku z widokiem na zatłoczoną od samochodów ulicę, wytyczoną wstęgami wiszących chaotycznie szmat-niegdyś banerów i wysadzoną budkami w kolorach wszystkich palet barwnych. Przerwa w takim otoczeniu absolutnie nic mi nie da. A już na pewno nic co ma związek z regeneracją.  Tak już mam. To, jak wygląda przestrzeń, robi mi różnicę.

I gdy wrócę myślami do Ustronia-Zawodzia przypominam sobie, że to „miasteczko” sanatoriów, oprócz dobrej, nie-przytłaczającej i nie-pstrokatej architektury, z dominantą w postaci siedemnastu budynków- piramid, oferuje też zieleń, przestrzenie do odpoczynku i ciszę (może nie w porze fajfów). Natomiast to czego nie oferuje, to inwazyjny ruch samochodowy. Niezbyt szeroka droga dojazdowa do sanatoriów dyskretnie sobie płynie, a ruch na niej jest raczej umiarkowany. Podsumowując – Zawodzie to przyjemny, zielony, spójny i bardzo wypoczynkowy teren.

Projekty obiektów zawdzięczamy śląskim architektom: Henrykowi Buszce, Aleksandrowi Francie i Tadeuszowi Szewczykowi.

Leku na szarość jak na lekarstwo

Kiedy w życiu dochodzimy do ściany – warto spojrzeć do góry. Jeśli nie znajdziemy tam pomocnej wskazówki, to być może przynajmniej zawiesimy wzrok na czymś wartym uwagi.

Zmieniają się i rozrastają nasze miasta, miasteczka i wsie. Ale czy pięknieją –  to rzecz dyskusyjna. Wiadomo na pewno, że z budynków o nieuregulowanym statusie konserwatorskim masowo znikały i nadal znikają wartościowe elementy elewacji i ścian, takie jak mozaiki, malunki, oryginalne wzory czy faktury. Tracimy odważne modernistyczne sylwetki budynków, które ustępują miejsca banalnym najczęściej prostopadłościanom. Wszystkie te dobra są niszczone w imię modernizacji, termomodernizacji etc. Część tych, które się uratowały, trafiły już pod skrzydła konserwatora zabytków – poniżej kilka takich przykładów m.in. z Zakopanego. Co więcej, powstają nowe – choćby takie, jak w Berlinie czy Antwerpii. Tym niemniej, zawsze gdy widzę takie cacuszko, chcę je utrwalić, w razie gdyby jednak to było nasze ostatnie spotkanie.

Galeria przedstawia wybór fotografii napotkanych przeze mnie miejsc i budynków, które uważam za dobre przykłady „odszarzania” wspólnej przestrzeni. Są wśród nich zarówno te sięgające lat 60. XX wieku, jak i współczesne, m.in.:
– fragment mozaiki „Miasta” z 1965 roku we wnętrzach Hotelu Cracovia w Krakowie, autorzy: Helena i Roman Husarscy;
– Spętany Pegaz – żelbetowa płaskorzeźba na fasadzie budynku Urzędu Miasta Zakopane, autor: Henryk Burzec, 1970;
– abstrakcyjna kompozycja ceramiczna znajdująca się w holu OW Jaskółka (kiedyś należącego do Zakładów Azotowych w Tarnowie), autor: Bolesław Książek, Zakopane, 1967;
– mozaika z motywem kota na elewacji budynku dawnej restauracji Wierchy, autorzy Barbara Gawdzik-Brzozowska i Kazimierz Fajkosz, Zakopane, 1961;
– SDH Trzy Korony w Pabianicach – budynek powstały w 1975 r.;
– mozaika na ścianie ośrodka wypoczynkowego w Dusznikach-Zdroju przy ulicy Granicznej;
– płaskorzeźba przy wejściu do Wojskowego Szpitala Uzdrowiskowo-Rehabilitacyjny w Lądku-Zdroju, pawilon II, zbudowany w latach 1975-78;
– mural na stacji S-Bahn Berlin Wannsee, autor: Christoph Niemann, od 2018;
– mural na placu Sint-Jansvliet w Antwerpii, autorka: Charlotte De Kock;
– Frindship Building w Antwerpii – usytuowany przy nabrzeżu Skaldy, w jego szklanej elewacji można zobaczyć odbicia pobliskich dźwigów portowych.

Jesienna kontra

Na przekór tezie, że jesień jest bura i ponura (a może w ramach obawy przed jej słusznością) prezentuję kontrargumenty.
Przed Wami kompozycja, która od dawna chodziła mi po głowie. W rolach głównych: pięknotka Bodiniera Giralda (fiolet), pierścieniak grynszpanowy (błękit), klon palmowy (czerwień), poruszający się, niewiarygodny rulik nadrzewny (róż) i inne.  

O czym szumią wielkie sowy

Wchodząc na Wielką Sowę (1015 m n.p.m.) od południowej strony można wyczuć, że coś w trawie piszczy. Że jest to góra, która skrywa jakąś tajemnicę (czy jest w ogóle w Górach Sowich miejsce, które nie skrywa tajemnicy?). Co i rusz spomiędzy gęstwiny drzew wyglądają na nas trwałe znamiona ludzkiej bytności w postaci fragmentów ścian czy lamp ulicznych. Jednym z niestrzeżonych sekretów jest otóż fakt, że jeszcze w połowie XIX wieku leżała na zboczu Wielkiej Sowy tkacka osada i stało tam ponad czterdzieści domów. Po ustaniu chałupniczego rzemiosła osada opustoszała. Malownicze położenie Wielkiej Sowy sprowadziło jednak do niej wielu turystów. Powstało schronisko, które choć ma burzliwą historię, dumnie stoi do dziś. Swoją bryłę zachował też drewniany D.W. Zosieńka, a w pewnej części również drewniany budynek, znajdujący się tuż za nim. Przeciwnie jednak stało się z innymi domami wypoczynkowymi należącymi swego czasu do FWP, których podmurówki można zobaczyć nieopodal szlaku (jeśli coś takiego znajdziecie, to najpewniej są to resztki „Lucynki”, „Krysi” albo „Grzybka”). Na to wszystko nakłada się przepiękny las, w który wpisują się duchy przeszłości i razem z nim tworzą spójny i urzekający komplet.
Oj, dużo tam do odkrycia dla lubiących historię, dużo…

Beelitz-Heilstätten

[English below]

Beelitz-Heilstätten to historyczny kompleks sanatoryjny położony na południowy-zachód od Berlina, zbudowany w 1898 roku i obejmujący około 60 budynków. Pierwotnie służył celowi dla którego został stworzony, jednak w czasie I wojny światowej został przekształcony w szpital wojskowy. W 1945 roku obiekt zajęła Armia Czerwona i do roku 1994 pełnił funkcje sowieckiego szpitala wojskowego. Później niszczał opuszczony i podzielał tym samym los wielu innych obiektów o podobnej historii.

W tej chwili kompleks jest częściowo przywracany do formy. Jeśli ktoś jest zainteresowany tym niezwykłym (ale też dość tajemniczym i mrocznym) miejscem, powinien zajrzeć na Baum und Zeit. Uważam, że jest to wycieczka warta fatygi – szczególnie dla entuzjastów architektury, zabytków, urbexów, starych uzdrowisk oraz przyrody. Beelitz znakomicie to wszystkie łączy.

ENGLISH VERSION

Beelitz-Heilstätten is a historical sanatorium complex situated south-west of Berlin. Erected in 1898 covered about 60 buildings. In the beginning served its primary purpose, during the World War I transformed into a military hospital. After 1945 it was taken over by the Soviet Red Army. The army of the Russian Federation left in August 1994 and handed over the buildings in an undestroyed state. In later years it was left abandoned and thus shared the doom of many objects of similar history.

Now it is being reanimated. If you are interested in touring this fantastic and mysterious place, visit Baum und Zeit. I think it is a worthwile trip – especially for those interested in architecture, monuments, urbex, old sanatorias and nature –Beelitz-Heilstätten is a mixture of all these.

Składowisko popiołów elektrowni Adamów w Turku

Mój ulubiony postindustrial zamienił się w poprzemysłową prawie-pustynię. Po elektrowni Adamów, której sylwetka kiedyś odbijała się w wodach składowiska, pozostała sterta gruzu. Tym samym poniższe zdjęcia nabrały wartości historycznej.

Te rozległe zbiorniki wodne zabarwione na turkusowo węglanem wapnia (CaCO3) powstały na składowisku popiołów podczas działalności elektrowni. Miejsce jest pełne sprzeczności, z jednej strony przywodzi na myśl egzotyczne wakacje, z drugiej budzi skojarzenia wyraźnie apokaliptyczne. Turkusy i błękity wody spotykają biele, szarości i rudości pyłów, a wszystko to przecinają intensywnie rdzawe rurociągi.
Kąpiel w tym lazurowym akwenie jest zabroniona, więc atrakcja przeznaczona jest wyłącznie dla turystów powściągliwy
ch.

Czego oczy nie wi(e)dzą

W jednym z najpiękniejszych i jednocześnie najstarszym z polskich uzdrowisk Lądku-Zdroju znajduje się – bo jakżeby mogło być inaczej – park zdrojowy. Nad parkiem góruje charakterystyczny, monumentalny, neobarokowy budynek Zakładu Przyrodoleczniczego „Wojciech”, który od wielu lat przyciąga spojrzenia przechadzających się po parkowych alejkach turystów i kuracjuszy. Ci, którzy patrzą naprawdę uważnie dostrzegą z pewnością, że fragment kopuły pomalowany jest farbą o innym kolorze niż całość pokrywy. Pierwsza myśl może nas prowadzić do wniosków, że jest to efekt prac remontowych lub odbarwienie w wyniku działań zjawisk atmosferycznych. Ale to nie w tym tkwi szkopuł. Źródło przebarwień sięga bowiem czasów stanu wojennego. A jeden z ciekawszych tekstów o historii plam na kopule znalazłam w czasopiśmie, które bynajmniej z regionem Dolnego Śląska wspólnego ma niewiele – czyli w Krainie Bugu. A oto jak z grubsza sprawa się przedstawia.

Zdarzenie, którego efekt oglądamy na kopule Wojciecha do dziś, miało miejsce w 1982 roku, w czwartym miesiącu stanu wojennego, na kilka godzin przed pochodem pierwszomajowym. Pochodem, który nota bene, początek swój miał mieć właśnie pod Wojciechem. Nocą z 30 kwietnia na 1 maja, na zabytkowej kopule pojawił się napis będący formą sprzeciwu wobec panującej w kraju sytuacji politycznej. W górnej linii widniało słowo „Victoria” zamknięte z obu stron znakiem Polski Walczącej. W dolnej zaś – „niech żyje Solidaność” (do końca nie wiadomo dlaczego w napisie zabrakło litery „r”). Górny napis, oprócz swojego podstawowego znaczenia, miał też nawiązywać to faktu, że wcześniej w tym samym roku na świat przyszła córka przywódcy NSZZ „Solidarność” Lecha Wałęsy – Maria Wiktoria (ciekawostką symboliczną i splotem niezamierzonym jest też to, że jej pierwsze imię to jednocześnie dawna nazwa Zdroju Wojciech).

Funkcjonariusze, którzy nad ranem spostrzegli napis, zaczęli usuwać go jedynymi dostępnymi środkami i w dużym pośpiechu, tak aby pozbyć się tego niewygodnego dla władzy manifestu wolności. Musieli to zrobić do czasu rozpoczęcia pochodu, a efekty ich działań widzimy do dziś. Od kiedy znam tę historię, zupełnie inaczej spoglądam na „niedoskonałość” na kopule – już mnie nie drażni, wręcz przeciwnie – raczej intryguje.

A tak o tej historii oraz jej bohaterach pisze w felietonie dla Krainy Bugu Leszek Stafiej: https://krainabugu.pl/rysiek-bez-palca/


Źródła fotograficzne:

Fotografia z 1982 roku zaczerpnięta z Lądecko-Strońskie archiwum (facebook)

Fotografia współczesna – archiwum własne

Źródła tekstowe:

Stafiej L., Rysiek bez palca. Kraina Bugu, artykuł online z dnia 11.06.2013 r.

Ciężkowski W., Lądek Zdrój, Dolnośląskie Wydawnictwo Edukacyjne, Wrocław 2008

Ścieżka Szuszalewo-Nowy Lipsk w Biebrzańskim Parku Narodowym

Jest 7°C i rzęsiście leje, ale jak tu nie nazwać tej pogody piękną? Oto jedna z doskonalszych odtrutek dla umęczonych ciał i zmysłów. Układ oddechowy mieszczucha zastyga tu w niedowierzaniu. Zalecam ostrożność, bo potem powrót do miasta może okazać się bolesny. Przetestowałam. Ta połyskująca platforma to fragment ścieżki edukacyjnej ,,Szuszalewo-Nowy Lipsk” na terenach Górnej Biebrzy. Wspaniała, najczystsza przyroda. Na tym dużym, podmokłym terenie można zaobserwować wiele gatunków fauny (m.in. łosie, sarny, jelenie, czajki, żurawie) i flory (mechowiska). Urozmaiceniem jest samodzielna przeprawa promowa. Szczególnie w tzw. dobrą pogodę, której, jak widać, my nie mieliśmy. Z tego względu nie przeszliśmy całej ścieżki, mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości wynik ten poprawimy.

Dlaczego warto odwiedzić to miejsce?

Dla przecudnego zapachu podmokłych łąk i lasów. Dla odgłosów ptaków (i innych zwierząt jeśli się uda). Dla widoków, których nie uświadczymy na co dzień.

Fakty

O projekcie i dlaczego Lądek-Zdrój

Ziemia kłodzka jest obszarem wyjątkowym jeśli chodzi o zabudowę oraz walory przyrodnicze. W porównaniu z wieloma innymi obszarami Polski, ten nie jest jeszcze tak przetworzony ani przez współczesny przemysł, ani przez zabudowę deweloperską, ani przez kontrowersyjne obiekty-giganty branży turystycznej. To właśnie na ziemi kłodzkiej leży najstarsze polskie uzdrowisko – Lądek-Zdrój – jedno z najciekawszych i najbardziej baśniowych miejsc jakie zdarzyło mi się fotografować.
Lądek to miasto wielowymiarowe, kontrastowe, zachwycające i niedocenione, a w wymiarze fizycznym – nasycone historycznym i architektonicznym dobrem. Dobrem, które postrzegam jako bardzo malarskie i romantyczne. Spacer po Lądku-Zdroju jest również ciekawą lekcją historii, której wydarzenia (m.in. powódź tysiąclecia, czy zmiany ustroju w II poł. XX wieku) nie oszczędziły. Tym niemniej, całość miejskiego i uzdrowiskowego krajobrazu tworzy tu niezwykłe obrazy, pełne graficznych wzorów i oryginalnych kompozycji barwnych. Czuję się tu swobodnie i komfortowo. Lądek ma na tyle bogatą ofertę kulturalną i rekreacyjną, że bez trudu mogę atrakcyjnie wypełnić sobie czas, i jednocześnie tyle wariantów przebywania na łonie przyrody, abym mogła bez trudu od tejże kultury, rozrywki oraz skupisk ludzkich odpocząć.

Gdy opowiadam o Lądku mieszkańcom innych rejonów Polski, wielu z nich nie tylko nie zna tego miasta, ale wręcz pyta, gdzie Lądek się znajduje. Taka powtarzająca się reakcja była jednym z głównych bodźców do zrealizowania projektu, który przybliżyłby charakter tego niezwykłego miejsca. Przede wszystkim zależy mi na utrwaleniu zabytkowego, unikalnego i tajemniczego charakteru Lądka oraz przekazaniu nastroju jaki to miasto tworzy. Idea „zatrzymania” obecnego stanu zabudowy jest dla mnie o tyle istotna, że jest ona w tej chwili rarytasem, zjawiskiem, które zasługuje na zauważenie i docenienie. Mimo obecności tu i ówdzie nowych zabudowań, to Lądek-Zdrój nadal jest swojego rodzaju rezerwatem dobrej, starej, zabytkowej architektury, wolnym od nagromadzenia wielkopowierzchniowych pawilonów czy zuniformizowanych osiedli.

Przyglądam się Lądkowi z perspektywy osoby z zewnątrz – bardzo zaangażowanej, bo od roku 1994 – kiedy byłam tu po raz pierwszy – Lądek-Zdrój ma dla mnie szczególne znaczenie i regularnie do niego wracam. Mam oczywiście obawy, że nie będąc „stąd”, nie zrozumiem miasta tak dobrze jak jego mieszkańcy. Jednak zakładam, że taka zewnętrzna perspektywa też może być wartościowa. Wierzę w zasadę świeżego spojrzenia w fotografii. Zgodnie z nią będąc dłużej w jakimś miejscu, w końcu przestaje się widzieć rzeczy, które są dostrzegalne tylko na początku.

Mam nadzieję przyczynić się swoją pracą do uwrażliwienia odbiorców na piękno i wyjątkowość tego rodzaju zabudowy i zaciekawienia atmosferą uzdrowisk regionu.

Projekt ten obejmuje między innymi sporządzenie cyklu fotografii wybranych elementów zabudowy, a także zrealizowanie wystaw fotograficznych na terenie Lądka-Zdroju, z nadzieją na pokazanie ich również w innych regionach Polski. Cyfrowe wersje fotografii zaprezentowane są w dwóch pozostałych rozdziałach tej podstrony („Projekt Miasto-Zdrój”) i zostały pogrupowane na „Miasto” oraz „Zdrój” ze względu na wyraźny podział między dwoma częściami miasta.

  • Pierwsza wystawa odbędzie się w Kawiarni Artystycznej Dom Klahra – od 5.06 do końca czerwca.
  • Druga wystawa zostanie wyeksponowana w Centrum Kultury i Rekreacji – od 27.06 do końca lipca.

Katalog wystawy znajduje się tutaj

Poniżej kadr z wystawy w CKiR, 27.06.2022.

Wyrazy wdzięczności

Szczególne i najbardziej osobiste podziękowania za pomoc kieruję do mojej Mamy, a także do Piotra, który okazywał mi ogromne wsparcie i cierpliwość na każdym etapie przygotowań.

Projekt zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Kopalnia po raz pierwszy oraz drugi

Bynajmniej nie dla kruszców ryzykowałam złamanie nogi lub złapanie kleszcza wdrapując się na widoczne poniżej obiekty. Celem moim było raczej tak zwane „się przyglądnięcie”, westchnięcie z uznaniem oraz sfotografowanie. Dwie kopalnie, niemalże po sąsiedzku – jedna aktywna, druga już od dawna nie. Mowa oczywiście o Lutyni, pięknej dolnośląskiej wsi niedaleko czeskiej granicy. Wspomniane kopalnie to niedziałająca od dwudziestych lat XX wieku kopalnia ołowiu (i srebra) Neue Philipp, a także nieco wyżej od niej położona i zdecydowanie bardziej wyeksponowana kopalnia bazaltu. O tyle bardziej, że (być może powinnam wyciąć to zdanie przed publikacją, bo jest krępujące) w zeszłym roku porwałam się na poszukiwania tej pierwszej na początku września, kiedy było dużo bujnej roślinności i zwyczajnie jej nie znalazłam. Teraz się udało, a oto jak się sprawy przedstawiają.

Kopalnia ołowiu i srebra Neue Philipp

Kopalnia bazaltu

Mosty

To, co pandemia przez dwa lata próbowała staranować, właśnie teraz jest nam najbardziej potrzebne: kontakt, połączenie, integracja, czy jakkolwiek jeszcze można to określić. Korzystając z tej symboliki wyszperałam kilka mostów i wiaduktów, które odwiedziłam (lub nawet przeszłam, howgh!) – niektóre z nich są monumentalne, niektóre zabytkowe, inne w rozsypce – ale wszystkie spełniają swoją podstawową rolę – łączą.

I tego nam wszystkim życzę – więcej łączenia niż dzielenia.

1. Wiadukt kolejowy w Lewinie Kłodzkim

2. Most kolejowy nad Jeziorem Pilchowickim – w związku z zamieszaniem wokół „Mission Impossible” w 2020 roku chyba najsłynniejszy w Polsce

3. Most kolejowy nad Woliborką w Nowej Rudzie

4. Most św. Jana w Lądku-Zdroju

5. Most gotycki na Młynówce w Kłodzku

6. Mosty w Stańczykach – Akwedukty Puszczy Rominckiej

W kurpiowskiej baśni

Tego dnia nasza trasa na Podlasiu wiodła przez Nowogród. Był wyjątkowo ponury i zimny dzień. Tak ponury i tak zimny, iż założyłam już, że plenerowo nic ciekawego się nie zdarzy. Ale oto objawił się on: usytuowany na wzniesieniu ponad Narwią Skansen Kurpiowski. I zagospodarował nam resztę tego krótkiego i ciemnego dnia.

Pierwsze, najbardziej atawistyczne odczucie dotyczyło ulgi z jaką spogląda się na ten teren. Wchodzi się bowiem do świata w którym można odpocząć od tych wszystkich rzeczy, które tak bolą w naszej przestrzeni (mnie przynajmniej, choć wierzę, że wszyscy, świadomie czy nie, dostajemy tym po twarzy): banerozy, zwisających na płotach brudnych szmat, brzydkich domów w kolorze łazienki, śmieci, zaparkowanych w tetrisa aut i innych podobnych elementów krajobrazu. Jest tam za to pierwszorzędny park etnograficzny oferujący piękny spacer wśród obiektów starego budownictwa kurpiowskiego. Wędrówka przeniosła nas na chwilę do innej bajki, w której ponurość aż tak nie przeszkadzała, a nawet była ozdobnikiem – bardzo mi się ta etnograficzna sceneria dobrze komponowała z surowym, listopadowym anturażem. Urokliwość krajobrazu uzupełnia widok na meandrującą w dole Narew.

Poza sezonem można cieszyć się jedynie okrojoną wersją skansenu, bez możliwości wejścia do wnętrz obiektów, jednak nawet to co zostaje do zwiedzania, broni się znakomicie.

Myślę, że wrócimy tam latem, żeby zajrzeć do chat i spędzić w tej baśni trochę więcej czasu.

Gdzie się podziały tamte baseny?

Nie wszystko zadba o siebie samo. Są takie rzeczy i sprawy, które jeśli zaniedbane – rozpadają się. Czasem z wdziękiem, a czasem z jękiem żalu i brzdękiem łupu złomiarzy. Ten basen doświadczył wprawdzie trudów jeszcze za życia, bo zdążył paść ofiarą wandali, ale o ile wiem – nie to go ostatecznie uśmierciło. Nieźle usytuowany, otoczony zielenią – bardzo by się przydał temu miastu w upalne dni, odciążając odrobinę wywar z masy ludzkiej na działających obiektach.

Lubię miejskie baseny odkryte. Stanowią wydzieloną strefę wakacyjnej szczęśliwości i beztroski wewnątrz szarawego miasta. Dla wielu są nośnikiem wspomnień radosnych chwil z dzieciństwa. Często są ładne, błękitne, nie trzeba dla nich budować wysokich hangarów. Większość tych, które  przypominają o moich chwilach dziecięcej sielanki już niestety nie działa, ale fajnie, że nadal mogę je odwiedzać.

Moje miasto, basen Budowlani. Chwilowo lodowisko jednak.

Nie bez żalu

Wracam dziś z tematem, o którym już nieraz pisałam. Znów sentymentalnie, jak również z pewną dozą rozgoryczenia. Żalu, że bardziej się opłaca budować nowe, niż naprawiać stare. Szkoda, że nasze przywiązanie do tradycji, o którym jest tak głośno i które okazuje się być bardzo silne, nie przekłada się na większe zainteresowanie zachowywaniem starych budynków. Przeróżnego pokroju – od pałaców, i dworków, poprzez sanatoria, pensjonaty, ośrodki wypoczynkowe i wiele innych. Architektura jest w końcu ściśle powiązana z naszą tożsamością i – jeśli zachowana – świadczy o naszej historii. Korzyść jakiej upatruję w całym tym rozżaleniu, to możliwość fotografowania tych zagarniętych już przez przyrodę niezwykłych, opuszczonych miejsc.

Letnisko z łyżką dziegciu

Tu prawie wszystko jest nieprawdziwe. Drzewa są nieprawdziwe, woda też, a i wakacje pozostają nimi tylko dopóty, dopóki się nie obejrzysz w jej stronę. Bo wtedy staje się jasne o co chodzi. I że to żadna sielanka. Pozornie przeciętnie ciekawy cel wyprawy okazuje się nasycony kontrastami do tego stopnia, że jeśli ktoś nie był pewien co to jest dysonans poznawczy, to tu zapewne tego stanu dozna. To jedno z tych miejsc, które zostają w tobie na dłużej, poszukując w głowie właściwej szuflady. Masz tu sosnowy las, piasek, wodę, nawet ośrodek wczasowy. Ten działający jest zresztą zupełnie w porządku, plus fajny ogródek z widokiem. A potem spoglądasz lekko w lewo i beztroski nastrój się rozpada. Na wyciągnięcie ręki wznoszą się ponuro ogromne – naprawdę ogromne i blisko – chłodnie i kominy Elektrowni Bełchatów. I wtedy dostrzegasz, że te drzewa jakieś takie zbyt równe, a na wybrzeżu nawsadzali tabliczek, że woda nieprzebadana, więc się zniechęcasz. Bo już pojmujesz, że to taka trochę proteza prawdziwych wakacji. A potem na deser ukazują ci się resztki opuszczonych obiektów turystycznych oraz lokalnej infrastruktury dla krzewienia kultury i sportu. Coś jest nie tak. To zestawienie estetyki sielankowej z lekko apokaliptyczną robi wrażenie. Na mnie przynajmniej zrobiło duże. A podróżujący poszukiwacze nastrojów i klimatów wszelakich i dziwnych, jak ja, na pewno sobie tu użyją.

Słok, 2019

Urządzacie mieszkanie?

Ten mini-przewodnik z pewnością dostarczy cennych inspiracji. Niech nie umknie Waszym oczom sekcja „modne pokrycia ścian” czy „ogród w pokoju”. Ponadto, rozwiązania te w znacznym stopniu przyczyniają się do porzucenia kompulsywnej potrzeby sprzątania raz w tygodniu. To duża oszczędność czasu. Źródła podają różne liczby – można dzięki temu zyskać od trzech do nawet czternastu godzin tygodniowo!
Udanych remontów.

O stronie

Przyjemnie jest wiedzieć jakie są nasze zasoby przyrodnicze, kulturowe i historyczne. Poznawanie ich postrzegam jako mój obywatelski obowiązek. Dlatego szukam, przyglądam się i fotografuję. I dzielę się z Wami.

Moim celem jest wzbudzenie w Was zainteresowania otoczeniem oraz zachęcanie do świadomej jego obserwacji. Zarówno tym, co zasługuje w nim na podziw, jak i tym co potrzebuje naszej uwagi i ochrony.

Co będziemy robić?

◦ podglądać jakie kompozycje i pejzaże tworzy natura (sama, bez naszej pomocy)
◦ docierać do miejsc, które nie zawsze leżą przy popularnych trasach, ale dla których warto zainwestować czas w wyjazd lub wędrówkę
◦ odkrywać niecodzienne budowle i konstrukcje związane z naszą historią
◦ zwiedzać malownicze, a nieraz groźnie wyglądające przestrzenie postindustrialne
◦ zastanawiać się nad stanem naszego otoczenia i naszym na nie wpływem
◦ podpatrywać napotkane zwierzęta

Nie, to nie jest kolejny przewodnik po znanych zabytkach, choć, nie wykluczam, mogą się trafić. Strona jest podzielona tematycznie, nie terytorialnie. Choć jeśli się przyjrzycie, to z pewnością zauważycie, że mam swoje ulubione tereny.

Dobrej podróży!